[brak]

Relacja bez daty, dotyczy wydarzeń z okresu od 1942 do 1943 roku.

Tekst otwierają informacje o przewiezieniu Autorki do Auschwitz, skąd wraz z matką została odesłana do obozu Stutthof.

Zapisała, że barak, w którym je zakwaterowano, był przeludniony. Więźniarki spały na podłodze, bez prycz, koców czy pościeli. Dopiero po jakimś czasie kobietom dano kilka sztuk "worków ze soli amoniakalnej", które miały służyć zarówno do przykrywania się (2 worki na 5 osób), jak i zastępować zniszczoną odzież.

Dodała, że było tam od 1.200 do 1.600 kobiet – liczba nieustannie zmieniała się, ponieważ więźniarki odsyłano do pracy (budowa dróg, prace na lotnisku, kopanie rowów), a na ich miejsce przyjmowano nowe transporty. Wspomniała także, że nadzorczyniami były głównie młodsze Żydówki, które wyżywały się na starszych kobietach.

Autorkę skierowano do pracy w okolicy obozu. Wyposażono je w nowe spodnie, kalesony, sweter, pończochy, chustę na głowę i szyję. Do zadań kobiety należało wykopywanie, zbieranie, segregowanie i ładowanie na wagony buraków cukrowych. Wykonywała te prace trzy i pół tygodnia. Później odesłano ją do Stutthof, a stamtąd skierowano do Pruszcza Gdańskiego.

Na miejscu spotkała ciotkę i kuzynkę. Opisała panujące na miejscu warunki – znacznie lepsze niż w Stutthofie – dodała też, że więźniarek pilnowały Węgierki. W obozie była też lekarka, która "pozwalała najwyżej na osiem chorych na raz", jeśli pojawiała się ich większa liczba, szarpała za włosy, biła i zmuszała do powrotu do pracy.

W Pruszczu Gdańskim kobieta pracowała na lotnisku przy budowie dróg. W trakcie pracy za rozmowy karano biciem oraz klęczeniem na śniegu, trwającym nawet do dwóch dni. Więźniarkom pomagali więźniowie z pobliskiego obozu jenieckiego – dostawali paczki od Czerwonego Krzyża i czasem przekazywali im czekoladę, grzebienie, szczoteczki do zębów i ubrania. Autorka dodała, że sporadycznie tam, gdzie pracowała, zjawiał się nieznany jej Polak i przekazywał bułki dla jej matki. Gdy lekarka zorientowała się, że matka Autorki miała "cywilny sweter" zbiła ją łopatą i złamała okulary. Baraki często przeszukiwano wiedząc o szmuglowanym jedzeniu i ubraniach, większość tych rzeczy pochodziła od Francuzów.

Relację zamyka opis ewakuacji obozu. Kobiety przechodziły 30 kilometrów dziennie. Autorka zgubiła buty w trzęsawisku i przez tydzień chodziła boso. Matka Autorki odmroziła sobie stopy – po wyzwoleniu amputowano je, kobieta mimo leczenia zmarła trzy tygodnie później.

Autorka dodała, że w czasie ewakuacji więźniarki spędziły sześć tygodni w szopie, na gołej, zaśnieżonej ziemi. W tym czasie dostały po pół bochenka chleba (zjadły go pierwszego dnia), cztery ziemniaki i "trochę wodnistej zupy". Pozostawały pod kontrolą strażniczek, które urządzały apele i przeszukania. W tym czasie od chorób (głównie tyfus) zmarło 600 z 1.600 więźniarek.

Autor/Autorka: 
Inny tytuł: 
[Relacja Sabiny Lunefeld]
Miejsce powstania: 
Kraków
Opis fizyczny: 
3 strony (210x295mm) maszynopisu w języku polskim.
Postać: 
kartki w teczkach
Technika zapisu: 
maszynopis
rękopis
Język: 
Polski
Dostępność: 
Dostępny do celów badawczych
Data powstania: 
2026
Stan zachowania: 
Dobry, czytelny i zdigitalizowany tekst
Sygnatura: 
301/1024
Tytuł kolekcji: 
Zespół: Relacje ocalałych z holokaustu (zespół 301)
Uwagi: 
Ze słów Autorki spisała dr Laura Einchhorn Tekst pozbawiony emocji. Brak imion członków rodziny, o tym, że Autorka miała męża, świadczy zdawkowa informacja o wymianie pierścionka od niego za cukier. Brak dat, opisów obozów, szczegółów topograficznych. Relacja niezwykle lakoniczna, ale i rzeczowa.
Słowo kluczowe 2: 
Słowo kluczowe 3: 
Rodzaj zasobu: 
Kolekcja
Nośnik informacji: 
papier
nośnik elektorniczny
Typ zasobu: 
relacja