[brak]

Relacja z dnia 2 grudnia 1945 roku, dotyczy wydarzeń z okresu od 1939 do 1945 roku, choć faktycznie skupia się na roku 1945.

Tekst otwierają informacje o likwidacji getta w Łodzi i wysłaniu Autorki do obozu w Sztutowie (Stutthof). Na miejscu transport liczący 6.000 kobiet podzielono na 4 mniejsze, które wysłano do Hejlikebejl, Jerau, Schippenbeil (niemiecka nazwa Sępopola, woj. warmińsko-mazurskie) i Seerappen (Prusy Wschodnie, niemiecka nazwa miejscowości Lublino). Autorka została wysłana do Seerappen. Dodała, że obóz ten został zlikwidowany około 20 stycznia 1945 roku. W przybliżeniu 1400 Żydówek i 1000 Żydów, w większości z Wilna, ewakuowano do Koenigsbergu (Królewca).

Autorka zapisała, że w Królewcu jej transport dwa dni czekał, a kiedy dołączono do niego innych ewakuowanych więźniów, ruszył dalej – piechotą, w srogą, wietrzną i śnieżną zimę. Tych, którzy nie nadążali, zabijano w trakcie marszu. Autorka szła z czterema koleżankami. W ciągu jednego dnia wszystkie zaczęły słabnąć i strażnik idący najbliżej ich części kolumny po kolei zabijał je na jej oczach. Kolumna spędziła pięć dni w miejscowości Palmiken, gdzie znajdowała się opuszczona niemiecka fabryka. Następnie więźniom przekazano, że ruszą dalej do portowego miasta (nazwa nieczytelna) i stamtąd do Hamburga, do dalszej pracy.

Autorka zapisała, że stosunek strażników do więźniów uległ w tym czasie ogromnej przemianie. Nie strzelano do powolnych, jeśli ktoś upadł, strażnicy pomagali mu wstać i prowadzili dalej, nie bili, nie kopali. Po pewnym czasie (niemożliwe ustalenie jak długim) wszystko znów się zmieniło. Nadbiegła kobieta, idąca wcześniej na styku grupy kobiet i mężczyzn, by powiedzieć, że Niemcy mordują powoli kolumnę, zaczynając od jej końca. Kobiety początkowo nie wierzyły, ale rozlegające się strzał przekonywały je, że więźniarka mówiła prawdę. Część zaczęła się rozbiegać, inne przeciskały się do czoła kolumny. W krótkim czasie Niemcy przywrócili porządek w grupie i kazali dalej iść piątkami.

Autorka zapisała, że w pewnym momencie zatrzymano część kolumny, w której się znajdowała – 8 piątek – i po chwili zaprowadzono w bok od drogi. Po chwili kobiety zorientowały się, że idą po cienkim lodzie Morza Bałtyckiego. Strażnicy kazali im położyć się na załamującym się lodzie i rozpoczęli egzekucję. Autorka zanotowała, że leżała z głową w dół czując, że krew cieknie jej po twarzy. Początkowo Autorka, i leżąca obok niej kobieta, nie została ranne, gdy jednak Niemcy wrócili, i jeszcze raz zaczęli strzelać, towarzyszka Autorki została postrzelona w plecy. Kula, która przeszyła ją na wylot, raniła Autorkę w brzuch. Po chwili została też postrzelona w nogę. Koleżanka zmarła, Autorka zaś czekała, bojąc się ruszyć. Dopiero gdy lód pod nią zaczął pękać, postanowiła ruszyć do wystającego z niego kamienia. Z niego przedostała się na ląd, przechodząc po krze. Dodała, że wszystkie ciała wpadły pod lód, pękający pod ich ciężarem i z powodu ich ciepła.

Kobieta zdołała wdrapać się na skarpę i zobaczyła w oddali zabudowania wsi Zorginau (Prusy Wschodnie). Weszła do pierwszego napotkanego domu (dom kuracyjny z restauracją), w którym spotkała Polkę wysłaną do niemieckiej gospodyni na roboty w charakterze pomocy. Opowiedziała swoją historię i poprosiła o pomoc. Polka poleciła jej poczekać i poszła spytać swoją pracodawczynię o decyzję. Ta początkowo odmówiła, ale po chwili zmieniła zdanie i ukryła kobietę w pokoju na piętrze. Następnie pomogła Autorce się umyć, dała czyste ubrania, obandażowała rany i położyła do łóżka – Polce kazała spalić jej pasiaki. Z relacji można wywnioskować, że Niemka zmieniła zdanie między innymi z powodu młodego wieku Autorki, zwracała się do niej "dziecko moje".

Kilka dni później – 3 lutego – we wsi pokazali się Rosjanie. Nie była to jednak nadciągająca Armia Czerwona, lecz desant. Autorka zapisała, że ukrywające się we wsi Żydówki, które zbiegły z jej transportu, zauważyły Rosjan i wyszły z kryjówek. Afiszowały się kim są, opowiadały co je spotkały. Polacy wskazywali Rosjanom domy bogatych Niemców, a ci wchodzili do nich i doszczętnie rabowali. Następnie przynosili Żydówkom ubrania Niemek i pozwalali się w nie ubierać. Wioska została okrążona przez wojska niemieckie i po tym, jak Niemcom udało się przejąć kontrolę nad terenem, Rosjanie i Żydówki zostali zastrzeleni – Autorce opowiedziała to Polka pracująca dla gospodyni, sama pozostawała w ukryciu.

Niemcy zaczęli wyłapywać wszystkich cudzoziemców we wsi (nie-Niemców), przyszli także po Autorkę i razem z Polką zabrali do transportu. Na miejscu okazało się, że wśród aresztowanych było kilka Żydówek biorących udział w marszu z Seerappen, które (jak Autorka) podawały się za Polki. Autorkę wypuszczono z transportu, później dowiedziała się od Polki – później też zwolnionej – że po krótkim czasie wszystkie Żydówki rozpoznano po ogolonych głowach i rozstrzelano.

Kobieta wróciła do domu "swojej Niemki", gdzie zebrały się niemieckie kobiety mieszkające we wsi. Gospodyni nie chciała jej wpuścić na ich oczach, ale poleciła wrócić po zmroku i zakraść się na strych. Autorka spędziła tam dwa miesiące, w czasie których gospodyni w nocy przynosiła jej jedzenie i pomagała opatrywać rany. Te początkowo nie chciały się goić, kobieta gorączkowała i słabła, potem jednak sytuacja na tyle się poprawiła, że gospodyni poleciła Autorce zejść na dół i dołączyć do niej w roli służącej. Autorka bała się, że zostanie rozpoznana, ale przystała na propozycję. Dodała, że w kwietniu, kiedy zaczęły się roztopy, wychodziła wieczorami z Polką na spacery. Widziała wyrzucane na brzeg kości ofiar z transportu. Miejscowa ludność zbierała je i grzebała, potępiała takie zachowanie, choć jednocześnie plotkowała o pochodzeniu Autorki.

Następna część relacji dotyczy wejścia Rosjan 14 kwietnia 1945 roku. Autorka przyznała się do pochodzenia i została aresztowana – Rosjanom wydało się podejrzane, że spotkali Żydówkę, w dodatku płynnie mówiącą po niemiecku. Kiedy jednak okazało się, że w okolic przebywało więcej Żydów, wypuścili wszystkich. Sprowadzili też Żyda służącego w oddziale, który tłumaczył to, co ocaleni mieli do powiedzenia.

Autor/Autorka: 
Inny tytuł: 
[Relacja Frydy Gabrylewicz]
Miejsce powstania: 
Łódź
Opis fizyczny: 
11 stron (210x295mm) maszynopisu w języku polskim.
Postać: 
kartki w teczkach
Technika zapisu: 
maszynopis
rękopis
Język: 
Polski
Dostępność: 
Dostępny do celów badawczych
Data powstania: 
1945
Stan zachowania: 
Dobry, czytelny i zdigitalizowany tekst
Sygnatura: 
301/1150
Tytuł kolekcji: 
Zespół: Relacje ocalałych z holokaustu (zespół 301)
Uwagi: 
Ze słów Autorki spisała Klara Mirska. Na dokumencie dopisek o autoryzacji tekstu i pieczęcie Archiwum ŻIH. Dużo nazwisk znajomych więźniarek, które nie przeżyły marszu oraz osób spotkanych przez kobietę we wsi Zorginau. Autorka płynnie mówiła po niemiecku, w relacji przytoczyła treść rozmów prowadzonych z niemieckimi żołnierzami. Dużo szczegółów topograficznych, dokładna datacja. Relacja niezbyt emocjonalna, pisana w pierwszej osobie. Brak wzmianek o rodzinie. Autorka tylko pobieżnie napisała co działo się z nią w okresie od 1939 do zimy 1945 roku, skupiła się na ostatnich tygodniach przed wyzwoleniem.
Słowo kluczowe 2: 
Słowo kluczowe 3: 
Data dzienna: 
niedziela, Grudzień 2, 1945
Rodzaj zasobu: 
Kolekcja
Nośnik informacji: 
papier
nośnik elektorniczny
Typ zasobu: 
relacja