Kresy Wschodnie. Czasy wojny i okupacji. Wołyń 1939 r.

Autorka opisuje losy swojej rodziny podczas okupacji radzieckiej i niemieckiej na Wołyniu. W chwili wybuchu wojny miała pięć lat. Mieszkała z rodzicami i dwoma starszymi siostrami na wsi w okolicach Włodzimierza, dostali gospodarstwo poniemieckie. Podczas okupacji radzieckiej żucie było ciężkie, bo za wszystkim trzeba było stać w kolejce. Dzieci w szkołach musiały się uczyć antypolskich piosenek. Wkrótce zaczęły się wywózki Polaków na Sybir, najpierw wywożono leśniczych, gajowych i nauczycieli. Z ich rodziny został wywieziony brat matki. Pisał listy, żeby mu przysłać trochę mąki i tłuszczu. Na 1 maja i w październiku trzeba było wywieszać czerwone flagi. Wprowadzano nowe podatki. Zimą 1940/41 ojca zabrano do kopania okopów nad Bugiem. W tym czasie matka zachorowała na płuca. Gdy ojciec wrócił, był już bardzo chora. Woził ją do lekarzy do Włodzimierza, na ich wynagrodzenie bił świnie i barany. Doprowadziło to do ruiny gospodarstwa. Ojciec miał długi. Dziewczynkami zajmowali się dziadkowie, rodzice matki. Babcia pochodziła z bogatej rodziny z Podola, a dziadek z Kowla. Nazywał się Jan Niewiadomski. Znał niemiecki i francuski.  Potrafił wróżyć z lustra i leczyć.

Gdy weszli Niemcy, słychać było coraz gorsze wieści o Żydach. Wiosną 1942 roku zmarła matka. Wtedy dziadkowie wyjechali. Ojciec dużo pracował, żeby odrobić długi. Pędził też samogon. Rzadko bywał w domu. Dziewczynki w wieku 8-13 lat musiały same sobie radzić, ugotować coś do jedzenia. Sąsiedzi im nie pomogli. Przychodziła do nich Żydówka z małym dzieckiem. Ktoś ją wydał i przyszła po nią policja ukraińska. Autorka, najmłodsza z sióstr, była świadkiem, jak się nad nią znęcali. Potem ją zastrzelili i zakopali.

Wiosną 1943 r. brat ojca zabrał małą Czesławę do domu drugich dziadków w Aleksandrówce koło Łucka. Ojciec miał 12 rodzeństwa, sześcioro z nich mieszkało razem. Dom był duży, mieli 50 ha sadu. Czesławie było tam dobrze. Ale robiło się coraz niespokojniej. Do wioski często przychodzili banderowcy, straszyli Polaków, że ich pozabijają. Podburzali ich popi. Ludzie bali się nocować w domu. Autorka opisuje kilka napadów Ukraińców na wioskę: bestialskie mordy na Polakach, palenie domów. Dzieci były rozbijane o ścianę, nabijane na płoty lub bagnety, dorosłym wyłupywano oczy, wyrywano języki, wleczono za końmi, często paleni byli żywcem. Podczas tych pogromów zginęła większość rodziny Czesławy. Ich ciała były zmasakrowane i zakopane w wielkim dole. Ona wielokrotnie ratowała się uciekając w pole i do lasu. Opisuje, jak schroniła się z dwoma stryjami u młodej Ukrainki, której mąż należał do bandy. Kobieta ukryła ich pod sianem w stodole, w której spali banderowcy. Mogli wyjść z kryjówki, dopiero gdy tamci odeszli. Jednak jeden ze stryjów wpadł w ich ręce i został zamęczony na śmierć. Jej i drugiemu stryjowi udało się uciec. Znaleźli się na placówce Pożyszcze, gdzie był oddział samoobrony. Tam dowiedzieli się, jakich okolicznościach zostali zamordowani ich krewni. Reszta ocalałej rodzina była na placówce w Stężarzycach. Czesława ze stryjem pojechali tam z partyzantami. Znalazła tam ojca i siostry oraz macochę z synem. Koczowali w sadzie, należącym do parafii, pod gołym niebem. Księdza zamordowali banderowcy, przecinając mu głowę piłą. Gdy napadali ich banderowcy, chowali się w pobliskich szuwarach. Macocha nie dbała o dziewczynki, zajmowała się tylko swoim synem. Gdy zrobiło się zimno, pod koniec września ojciec zawiózł córki do rodziny we Włodzimierzu. Było tam bardzo ciasno. Po dwóch miesiącach przyjechał po nie i przeprawili się nocą wpław przez Bug, bo most był tylko dla Niemców. Niemcy nie przeszkadzali w przeprawie, wręcz za haracz z gęsi i słoniny osłaniali ich. Na drugim brzegu każdy sam musiał znaleźć mieszkanie. Ludzie chętnie ich przyjmowali na komorne. Ojciec pracował w cukrowni i przynosił na sobie cukier, który sprzedawali. Zimą macocha ich porzuciła. Mieszkali w jednym pokoju, śpiąc na siennikach. Za potrzebą chodzili nad Bug. Rano rzeką płynęły trupy z uciętymi głowami, czasem z pętlą na szyi. Niemcy kazali grzebać je nad rzeką. Pewnego dnia autorka była świadkiem, jak Niemcy bili więźniów. Zmusili przechodniów, żeby na to patrzyli. Potem puścili więźniów wolno i strzelali do nich. Po jakimś czasie przybyło jeszcze kilka osób z rodziny, które się uratowały. Autorka opisuje życie codzienne pod okupacją niemiecką. Ojciec znowu zaczął konspirować, czasem zabierał Czesławę ze sobą jako przykrywkę.

Gdy zbliżał się front, ze wschodu jechały wozy wyładowane cywilnymi ludźmi. Mówiono, że folksdojcze uciekają przed Ruskimi. Okoliczna ludność uciekała w pole. Czesława z bliskimi przesiedziała tydzień w polu. Gdy ucichły walki, wyszli z kryjówki. Jechały ciężarówki z wojskiem sowieckim. Ludzie witali ich wiwatując, dawali żołnierzom kwiaty i napoje. AK-owcy wywiesili orła na bramie i założyli biało-czerwone opaski na rękawy. Chodzili i śpiewali polskie piosenki. Po trzech dniach Sowieci załadowali ich na ciężarówki i wywieźli. Kilku z nich wróciło po 5 latach, innych zabili. Po kilku dniach ojciec zawiózł ich do Aleksandrówki. Nigdzie nie było polskiej rodziny. W domu dziadków mieszkali Ukraińcy, ale się tego samego dnia wyprowadzili. Mebli nie było. Ojciec pozbierał dobytek po zamordowanych braciach i siostrach i próbował zorganizować im jakoś życie. Ale w nocy znowu przyszli banderowcy i zabili sowieckiego sołtysa i jego rodzinę. Poucinali im głowy i ciała wywiesili za okno. Ojciec zarządził ucieczkę wozem. Po trzech dniach dojechali do ich gospodarstwa, które było zniszczone. Mieszkali na komornem u ukraińskiej rodziny. Ojciec gromadził drewno na dom. Jesienią wywiózł dwie najmłodsze córki do szkoły do Włodzimierza. Zamieszkały na stancji. Naprzeciwko Sowieci urządzili tiurmę, gdzie zwozili banderowców i wykańczali ich śmiercią głodową. Autorka po raz pierwszy chodziła wtedy do prawdziwej szkoły. Uczyła się polskiego, bo wcześniej na wsi musiała mówić po ukraińsku. Polacy wyjeżdżali do Polski. Czesława i jej bliscy również wyjechali jako repatrianci, w Boże  Narodzenie. Na Wołyniu zostawili dobytek młodych lat i groby bliskich. Ojciec nigdy tam nie wrócił. Autorka była tam raz w 1990 r. Po polskim cmentarzu nie było śladu.

Na końcu tekstu jest refleksja autorki nad obecnymi stosunkami polsko-ukraińskimi. Pisze, że nie wierzy w te przyjaźń, że my dla nich zawsze pozostaniemy Lachami. Pisze także o fałszowaniu historii, że Niemcy próbują się wybielić, że do nich nikt nie ma pretensji, tylko do Polaków, że to my jesteśmy winni zagładzie Żydów. Nie podoba jej się obecna Polska, gdzie pogoda sprzyja tylko bogatym i krętaczom, oszustom i komornikom.

Autor/Autorka: 
Miejsce powstania: 
Giżycko
Opis fizyczny: 
rps., 26 s. + kopia mps. 11 s. luź.; ; 30 cm
Postać: 
luźne kartki
Technika zapisu: 
rękopis
Język: 
Polski
Miejsce przechowywania: 
Dostępność: 
tak
Data powstania: 
1992
Stan zachowania: 
dobry
Sygnatura: 
AWII/1315
Tytuł kolekcji: 
Archiwum Wschodnie
Słowo kluczowe 1: 
Słowo kluczowe 2: 
Słowo kluczowe 3: 
Data dzienna: 
piątek, Październik 2, 1992
Rodzaj zasobu: 
Kolekcja
Nośnik informacji: 
papier
Typ zasobu: 
pamiętnik/wspomnienia